6 sierpnia 2018

Hochsztaplerka, wróżbiarstwo, a może brak wiedzy


Pozytywne szkolenie psów straciło chyba swój sens, wytykana parówka, pasztet przechodzi powoli do lamusa. Teraz nastaje era komunikacji, samodoskonalenia i dla wielu niby nie ma w tym nic zadziwiającego, gdyby nie kompetencje osób mówiących te frazesy.
Spytacie dlaczego frazesy?
Odpowiedź jest prosta, jeśli nie ma ona przełożenia na praktykę, to staje się tylko pustym reklamowym frazesem.
Obserwując wyścig o klienta zauważyłam dwie tendencje, jedna to ozdabianie starych kursów nowymi, modnymi słowami, druga to wyrastający, jak grzyby po deszczu specjaliści od komunikacji. Problem polega tylko na tym, że nie wystarczy uczestniczyć w seminariach, warsztatach z komunikacji, by pracować tą metodą. By pozwolić sobie na taką pracę trzeba mieć ogromną wiedzę z zakresu etogramów zachowań, ale przede wszystkim trzeba posiadać umiejetność odczytywania stanów emocjonalnych psa. To właśnie ta zdolność pozwala na odpowiedni dobór bodźców, pokierowanie tak interakcją z psem, by nie dokładać mu kolejnego stresu.
Dlaczego właściwie piszę ten tekst?
Praca z psami stosującymi komunikację agresywną, to ogromna odpowiedzialność. To praca z żywym stworzeniem, czującym strach, niepokój. Dokładanie mu kolejnych sytuacji, wynikajacych z braku kompetencji szkoleniowca jest według mnie nieetyczne. Tu nie ma miejsca na eksperymenty, niedouczenie. Nieetyczne jest też branie za to pieniędzy i pokrywanie całego zdarzenia hasłem "proszę unikać psów".
Możemy zadać sobie pytanie czy zachowania agresywne psa, to jedynie wyuczone strategie? Co jest zatem strategią a co brakiem umiejętności? A może zawodzi komunikacja człowieka, na którą odpowiada pies?
Wkładanie psa w wyuczone przez człowieka schematy jego postrzegania jest skrajnie niebezpieczne, bo zamyka drogę do jego poznania.
Każda sekunda spaceru jest rozmową z psem, zmiennością emocji, które wywołują odpowiednie reakcje. Ich nieumiejętne nazywanie wyrządza więcej szkody niż pożytku. Nie zapominajmy też o opiekunie psa, który odczuwa po kolejnej takiej "profesjonalnej konsultacji" jeszcze większą frustrację.
Emocje, osobowość, komunikacja to modne słowa klucze, ale czy każdy potrafi tymi kluczami otworzyć nową drogę do poznania psa? Według mnie nie...

25 czerwca 2018

Kocha, lubi, szanuje...

Niby błahy frazes a jednak zawiera wiele cichych pragnień człowieka. Bo przecież każdy z nas chciałby mieć takiego przyjaciela, który rozumie, współczuje, docenia, czasem wystarcza nam jedynie jego obecność. Niezrównany bohater, przyjaciel domu, opiekun rodziny. To z nim chcemy przeżywać smutki, dzielić radości, jest powiernikiem najskrytszych naszych tajemnic, utożsamiany z prawdą, bezwarunkową miłością, czasem nawet wdzięcznością. Po prostu taki wymarzony przyjaciel...
Ale czy w tym wszystkim potrafimy oddzielić to, co jest naszym pragnieniem, od tego co jest rzeczywistością? Czy przerzucanie ludzkich oczekiwań w stosunku do psa nie jest nadużyciem?
Czy miłość psa, to jak ją postrzegamy nie jest tylko naszym oczekiwaniem? Co właściwie oznacza słowo "on mnie kocha" w kontekście psa?
Mogę z całą pewnością powiedzieć, że kocham moje psy, jestem do nich przywiązana, dbam o ich dobre samopoczucie, sprawiam, że czują się bezpieczne. Kiedy odchodzą, moje serce zawsze rozbija się na kawałki, a jeden z nich odchodzi z psem, ale pomimo tak silnych uczuć byłabym bardzo ostrożna w przypisywaniu im tak wielu naszych ludzkich oczekiwań.

4 czerwca 2018

Czy pies czuje się samotny?

Dobre pytanie, ale czy nie kojarzy nam się z psem porzuconym, bezdomnym, szukającym schronienia, a może ze skuloną suczką, karmiącą ukradkiem swoje szczeniaki? Czy ludzkie postrzeganie samotności nie wrzuca nas do jakiegoś schematu? Czy tylko psia bezdomność kojarzyć nam się może z samotnością?
Bycie samotnym, to uczucie alienacji, braku zrozumienia, czasem odrzucenia, a stałym towarzyszem staje się stres, frustracja, złość lub bezradność, prowadząca do wycofania. 
Czy w psim świecie, w relacji z człowiekiem psy mogą czuć się samotne? Czy w tej relacji jest miejsce na psie emocje? Jak to właściwie jest z  "psią samotnością"? 
Wiem, wiem dzisiaj zadaję strasznie dużo pytań, ale chyba zbyt często spotykam się z psią "bezradnością" wyrażaną przez zachowania, tak bardzo nie akceptowane przez człowieka, ale to właśnie człowiek jest ich źródłem . 
Obserwując psy przez pryzmat ich zachowań, mogę pokusić się o stwierdzenie, że są osamotnione w swojej walce o swoją przestrzeń, pragnienie poczucia komfortu, zrozumienia. Gros zachowań jakich używają, do tego, by wyrazić jak się czują jest przez człowieka uznawana za zachowania niepożądane, wymagające "korekty". Bardzo łatwo przychodzi nam selekcjonowanie tego, co właściwe i nie do przyjęcia, ale czy pochylamy się nad znaczeniem pewnych gestów? Czy zdajemy sobie sprawę, że każda interakcja z psem, to swoista rozmowa, że psia komunikacja oparta jest m.in. na mowie ciała. 
To bardzo przewrotne pytania i raczej mające nas skłonić do refleksji czy ludzki punkt widzenia jest właściwy, by rozumieć potrzeby innego gatunku, psów, które są w naszych oczach "wiernymi przyjaciółmi".
Schematy, których człowiek używa do "walki" z psem, bo jak inaczej nazwać nakładanie presji na wykonywanie poleceń zaburzających ich komunikację, prowadzą do ich bezradności, strachu lub złości. Zachowania agresywne, agonistyczne to nie wyuczone psie triki, ale desperacka próba zatrzymania człowieka w tym co robi. 
Jako ludzie w życiu prywatny cenimy sobie naszą przestrzeń, wybieramy przyjaciół, dobieramy znajomych, dążymy do tego, by czuć się dobrze.  
A jak jest z psami? Czy organizując codzienny spacer z psami zastanawiamy się nad ich relacją? Czy widząc przepychające się psy pokusimy się o refleksję inną niż "udana zabawa"? Skąd w nas przekonanie, że psy w swoim towarzystwie bawią się doskonale?
Miarą dobrego samopoczucie nie powinno być fizyczne zmęczenie po spacerze, a psychiczny komfort, dający poczucie bezpieczeństwa.
Czy psy czują się samotne? No właśnie...



31 grudnia 2017

Sylewstrowa moc - czyli jak przeżyć ten czas z psem z fobią dźwiękową

Dawno, dawno temu należałam do grona osób, którym był bardziej odległy temat spanikowanego psa, chowającego się po kątach, z obłędem w oczach. I przyznam dopóki się tego nie przeżyje, to nie wiemy z czym się mierzymy. Można sobie darować porady typu "musi sobie poradzić", "ignoruj, bo potęgujesz lęk" lub jeszcze bardziej rozwalający o zaniedbaniach w socjalizacji, która ma być lekarstwem na wszystko. Internet aż huczy od takich i podobnych wpisów, a mnie szczerze mówiąc rośnie gól, kiedy czytam te komentarze. Tak jestem zła, bo wiele osób ślepo brnie w ignorancję, odrzucając intuicję i zaufanie, jakie ma do nich, ich własny pies. Wielu z was już wie, jaki mam stosunek do zwierząt, a w szczególności do moich psów i kotów i w jaki sposób się z nimi komunikuję. 
Pies nie jest zero jedynkowym robotem, którego da się zaprogramować jeszcze w chwili poczęcia. Geny to nie wszystko, choć mają ogromne znaczenie. Osobowość psa buduje wiele składników - matka, rodzeństwo, doświadczenia, opiekun, ale ta sama osobowość będzie określać pulę jego zachowań, które po prostu wyrażają stan emocjonalny, to co czuje w danym momencie. Tak, tak psy mają wiele emocji i to one determinują ich zachowania, często okraszone zwyczajną frustracją spowodowaną brakiem zrozumienia ze strony człowieka. 
Pies nie jest zero jedynkowym idiotą, którego życie koncentruje się jedynie na wykonywaniu poleceń człowieka, a lekarstwem na jego samopoczucie nie będzie proponowane przez człowieka np."odwrażliwianie". To ludzkie wyobrażenie, a co gorsze chyba jedyne "narzędzie" radzenia sobie z tym co dla nas niezrozumiałe, czyli okazywaniem przez psa takich a nie innych emocji. Czasem emocje stają się zbyt silne, a my przegrywamy tą walkę. 
Dafi, Misha są psami bardzo wrażliwymi na dźwięki, ale w sposób dla nas niezrozumiały, bo ułomność naszego słuchu nie pozwala słyszeć tego, co one. Jak wielu z was wie Dafi jest takim psiakiem, który wygrał los na loterii życia. Wyrwana z przechowalni, z rąk demona parwowirozy jako psie dziecko zaznała strach, wyjące wkoło psy, ból choroby, traumę klatki, kroplówek. Jest psem o bardzo kruchej osobowości, wrażliwym na każdy ruch, odgłos i choć z czasem nasz dom zapewnił jej poczucie bezpieczeństwa, to sylwestrowa kanonada, drżące szyby, odgłosy rozwrzeszczanych, podekscytowanych ludzi wywołują niepokój, strach, przechodzący w lęk, którego nie da się zracjonalizować i po prostu zatrzymać. Jest też psem, który potrafi jedynie instynktownie chować się przed bodźcami zagrażającymi. Niestety moja rola sprowadza się często do zrozumienia jej emocji, odpowiedzi na jej zachowanie, czyli stworzenie bezpiecznych stref. U Dafi stosujemy wsparcie farmakologiczne, kamizelkę w której czuje się lepiej i bezpieczniej, a ja staram się ją zrozumieć. Nie chce być dotykana, bo dotyk może być dla niej zatrzymaniem, dlatego mieszkanie zawsze jest pootwierane, tak, żeby sama w sposób swobodny dystansowała się do tego co na zewnątrz. 
Misha dźwięki odbiera nieco inaczej, jest stróżem i bardzo często po prostu nas informuje o "zagrożeniach", kimś obcym w przestrzeniach, które dla niej są strefami naszego komfortu (odległość około 120-150 m od naszego domu). Jest psem, który zdecydowanie korzysta ze wsparcia moich psów i naszego. Nasze dłonie, dotyk, masaż klatki piersiowej daje jej poczucie bezpieczeństwa. Ignorowanie jej komunikatów prowadzi do utraty tego zaufania.
Pamiętajcie każdy pies jest inny, każdy ma inną osobowość i emocje. Zamiast ignorować zastanówcie się co mówi do was wasz pies, bo mowa ciała dla nich to ich emocje i to jak się czują w danej chwili.

27 października 2017

Jak pasterka nauczyła mnie komunikacji

Misha - jesień 2017 r.
Rok temu do mojego domu trafiła Misha, pies kinderniespodzianka, zarobaczony, cały w strupach, 3.5 tygodniowy szczeniak, którego ktoś tak po prostu wywalił jak śmiecia w pudełku na mróz. Mała, niepozorna suczka, która wywróciła mój świat do góry nogami i stała się najlepszym nauczycielem, jakiego miałam do tej pory. Dzięki niej wyostrzyłam moje zmysły, a komunikacja psów - księga tajemnic, którą odkrywam kawałek po kawałku, stała się jeszcze bardziej fascynująca. To właśnie ona zabrała mnie w świat psów pasterskich, ze wszystkimi niuansami i smaczkami. Jej siła, inteligencja, sposób obserwacji jest jak podróż w nieznane krainy. Szybko zweryfikowała kilka moich poglądów dotyczących zachowań i bardzo uporządkowała moją komunikację, świetnie kontrolując moje pobudzenie i emocje. Jest mistrzynią czytania subtelnych sygnałów, ale tak zaskakujących, że niejednokrotnie nie mogłam wyjść z podziwu, dla kunsztu i precyzji z jaką to czyni. Świat psiej komunikacji jest niesamowity i wiem, że wiele zachowań pozostanie dla mnie nieodkrytą tajemnicą. Wiem, też że jako człowiek nadal będę jak słoń w składzie porcelany, ale ten świat jest jak dobra używka, a możliwość rozmowy z psami nieoceniona. Misha dziękuję za każdy wspólny dzień! 

21 sierpnia 2017

Projekt edukacyjny "Z komunikacją za pan brat"

Skąd pomysł na takie warsztaty?
Po wielu latach pracy z psami,obserwacji ich zachowań, emocji, wciąż szukałam w psach odpowiedzi kim są i dlaczego odczuwają tak głęboką frustrację będąc blisko człowieka. Tak, tak koło człowieka, a nie z nim, bo ciężko być z nami, naszą chaotyczną komunikacją, brakiem zasad, nachalnością, pobudzeniem. Jesteśmy chyba jedynym gatunkiem ssaków, który nie respektuje tak bardzo wyznaczanych granic, a skupiamy się jedynie na potokach słów, które stają się wypływem mieszanki naszych emocji. Ten chaos sprawia, że trudno nas zrozumieć, nasze intencje i emocje.
Pomysł warsztatów rodził się we mnie długo, bo wciąż odkrywałam kolejne etogramy zachowań, odcienie emocji, niuanse gestów, jednym słowem czar psiej komunikacji niby tak bliski nam, a jak praktyka pokazuje tak daleki.
Projekt edukacyjny "Z komunikacją za pan brat" otwierają warsztaty poświęcone szczeniakom "Szczeniak w domu" - 2 września 2017 r.
Chyba jedne z najważniejszych warsztatów z komunikacji, zmieniające diametralnie nasze wyobrażenie tego kim jest szczeniak i tego co nam chce powiedzieć.
Życie ze szczeniakiem to nie tylko zasady, nakazy, trening to przede wszystkim wspólna nauka czytania jego emocji i oczekiwań. Zrozumienie przyczyn frustracji, złości, ale też poznanie etapów rozwoju jego ciała i wynikające z tego ograniczenia. 
Życie ze szczeniakiem to także radość, wspólna zabawa, ale oparta na wyczuciu granic, subtelności pobudzenia, to droga do zaufania, wsparcia, ale też umiejętności dzielenia się tym co fajne.
Celem warsztatów jest nauczenie was jak rozumieć ten świat, kochać mądrze, dbać i rozumieć jednocześnie.

W jaki sposób to zrobimy?
W oparciu o analizę filmów, współczesną literaturę, własne doświadczenie w pracy ze szczeniakami postaram się omówić najważniejsze zagadnienia:
- pies, jego osobowość i kompetencje społeczne
- etapy rozwoju z uwzględnieniem etogramu zachowań społecznych psa
- socjalizacja – rozwój osobowości, czy zbyt trudne wyzwania?
- wspólna zabawa, czy rywalizacja?
- dotyk i jego znaczenie
- wyzwania, emocje, stres, frustracja
- komunikacja agresywna szczeniaka - jak ją rozumieć i jak na nią odpowiadać
- mity i stereotypy (złota dwunastka, predyspozycje rasy, psie przedszkole)
Podczas warsztatów odpowiem także na wasze pytania.

Wszystkich chętnych zapraszam na wydarzenia na moim facebooku Monika Suchowiak- szkolenie psów w Myślenicach

22 czerwca 2017

Moja droga do niepasienia

Ostatni post zamieszony u mnie wywołał falę zaniepokojenia, krytyki, oburzenia. Pokazał jak czytana jest treść i na co emocjonalnie zwracamy uwagę. No cóż nie zawsze wypowiadane przez nas słowa lub linkowane artykuły wywołują tylko miłe odczucia. Pojawiło się też wiele rozmów w tle bardzo inspirujących, pokazujących, że temat używania owiec jest nadal tematem tabu. Pytanie tylko, kiedy nastanie czas, że zaczniemy mówić o ich stresie i dobrostanie.
W komentarzach zadawano mi wiele pytań, m.in czy pasę, czy byłam na takich zajęciach, o moje doświadczenie. Nie lubię pozostawiać kogoś bez odpowiedzi, ale emocje nie są dobrym doradcą. Potrzebny jest czas, żeby tą wiedzą się podzielić. W obliczu całej tej dyskusji zadałam sobie to pytanie po raz kolejny, ale będąc w innym miejscu mojej pracy, doświadczenia zawodowego. Taka refleksja jest fajna, bo pokazuje czy tkwimy z czymś w miejscu, czy na naszych nogach pojawiły się buty siedmiomilowe i zaniosły nas dalej.
Czy pasę? Nie.
Dlaczego? Bo zadałam sobie trud poznania owiec.
Nie trzeba pracować na farmie, by dowiedzieć się o warunki życia tych zwierząt. Nie trzeba z nimi przebywać, by oglądać filmy z komunikacji i analizować ich zachowania, a co ważne móc rozmawiać z najlepszymi specjalistami od komunikacji.
Czy lubię bordery? Tak, to fantastyczne psy, jedna z moich suczek prezentuje mnóstwo zachowań wpisanych w etogram bordera.
Skąd we mnie pomysł na pasienie i dlaczego nie podjęłam próby?
Kiedy Dafi dojrzewała zachwycona byłam jej zachowaniami, sposobem w jaki komunikuje oczami, pyskiem, postawą ciała. Jej przeszywające spojrzenie, podkreślone podwójną tęczówką daje do myślenia. Skupiona na pracy, mistrzyni wyłapywania wszystkich niuansów, pełna pasji i subtelności. W obliczu tej fascynacji zrodziła się myśl pracy z użyciem innego gatunku. Ale ja, jak to ja, zanim zacznę muszę wiedzieć z kim pracuję, na jakich emocjach, w jakich warunkach. Moja wrodzona empatia i wiedza prowokowała mnie do zadawania pytań, na które nie zawsze dostawałam odpowiedzi. Drążąc temat, jako szkoleniowiec zaczęłam patrzeć na warsztaty z innej perspektywy, jak widzę dla wielu obcej lub niewygodnej.
Pracując z psami od kilku lat na komunikacji widzę też komunikację innych gatunków dyktowaną rozmaitymi emocjami. I wydawać by się mogło, że to miłe uczucie, ale widzę też stres, bezradność, agresję spowodowaną ułomnością człowieka.
No cóż zadałam sobie proste pytanie czy moja ciekawość ma być zaspakajana kosztem innych zwierząt?
Moja odpowiedź była prosta. Nie. Nie czynie tego wobec psów, z którymi pracuję, nie zrobię tego innym zwierzętom. Można deprecjonować wartość emocji innych zwierząt, pewnie dla wielu tak jest łatwiej, ale nie zmieni to choć by nawet współczesnych badań naukowych prof Donalda Broom.

Czekam na warsztaty z prawdziwego zdarzenia, kiedy będę mogła uczyć się komunikacji owiec, ale z ich pełną akceptacją i na ich warunkach. 

15 czerwca 2017

Jak sprzedać "stary kit" w nowym opakowaniu

Na polskim rynku szkoleniowym od dobrych kilku lat trwa walka o zmianę podejścia w szkoleniu psów, rezygnacji z "tradycyjnych" metod, opartych często na awersji, na rzecz bardziej humanitarnych. Niestety jak w każdym przypadku także i tu pojawiają się kolejne ekstrema zarzucania psów tonami jedzenia, nie zważając na stan emocjonalny psa, stres, ale nie o tym dzisiaj. 
Współczesna wiedza, badania naukowe dowodzą niezbicie, iż psy posiadają osobowość, emocje, ich różne odcienie, komunikują się nie tylko w obrębie swojego gatunku, ale także umiejętnie rozczytują komunikację człowieka, jego nastroje. Dla wielu z nas, szkoleniowców staje się ona podstawą do budowania odpowiednich relacji z poszanowaniem drugiego gatunku, ale komercja, oczekiwania klienta nakładają na niektórych presję nie do zniesienia. 
I tu pojawia się pierwszy schodek. 
Jak wyszkolić szybko psa, żeby zachowywał się jak robot, na skinienie palcem wykonywał wszystkie polecenia, a autorytet szkoleniowca wysławiany był pod niebiosa? Czyli innymi słowy jak sprzedać awersyjną drogę na skróty, jako nowoczesny sposób nauki, ku chwale szkolącego. 
O czy mowa? 
O znanych już obrożach behawioralnych i obrożach elektronicznych, znanych nam doskonale jako dławiki i obroże elektryczne.
Czy wspólna nauka ma tak wyglądać, czy etyka zawodowa nic już dzisiaj nie znaczy? Rozumiem szkoleniowców sprzed 20 laty, ale dziś, kiedy tyle mówimy o dobrostanie psów, emocjach i stresie. Czy problem jest z presją klienta, a może jednak brakiem feelingu na coś banalnego, czyli komunikację.
I tu pojawia się drugi schodek, może zbyt ciasny umysł lub brak jego otwartości powoduje brak umiejętności czytania, a może idąc dalej ułomność w patrzeniu nie pozwala dostrzec czegoś więcej. Czasem mam wrażenie, że ludzie robią coś na siłę, tylko w tym przypadku kosztem żywych organizmów. Psy czują, są traumatyzowane w imię czego, chorej ambicji?
Ludzka pycha to najbardziej bolesne doświadczenie dla psów, wobec którego są niestety bezbronne.

19 lutego 2017

Zaklinacz psów czy podpicowane show z kopniakiem w tle?

Wiele emocji budzi organizowane w Polsce show z udziałem Cesara Millana, znanego z telewizyjnego programu "Zaklinacz psów". Miłego meksykanina z białym uśmiechem, wychowanego pośród psów, promującego się na ich wiernego miłośnika. I pewnie wszystko by było cudownie, gdyby ów miłośnik rzeczywiście miłował psy z którymi pracuje. Wiele osób w programie widzi to, co powinno zobaczyć, czyli spektakularny sukces z pracy z agresywnym psem, rzucającym się Millanowi do gardła. I wiele spośród tych osób tkwi w przekonaniu, że magia płynąca z aury Millana, jego przywódcza, choć niewielka postura tą magię rozsiewa. Czar jednak pryska, kiedy rozumiemy komunikację psów. Miły meksykanin stosuje dość proste metody kopniaki w pachwinę, podduszanie psa dławikiem, obrożę elektryczną i tzw flooding czyli zalanie psa bodźcami w taki sposób, że przestaje reagować i poddaje się. Analizując filmy mnie z twarzy uśmiech znika i pozostaje smak goryczy, bo komunikacja psów nie pozostawia złudzeń. Praca z psem agresywnym nie powinna polegać na zastraszaniu, biciu, dławieniu tylko dlatego, bo trener stoi przed widmem presji klienta. Ubieranie przemocy w miłe słówka jest zwykłą blagą. Niestety najczęściej używanym argumentem jest ucieczka przed eutanazją i ten argument obarczając nasze sumienie wygrywa.
To co pocieszające, to wiele głosów krytyki płynących od polskich trenerów, behawiorystów, mówiących wprost o przemocy i braku zgody na jej stosowanie. Obracanie tego do góry ogonem i mówienie o zazdrości, soli w oku jest dla mnie albo próbą zdewaluowania tych głosów, albo próbą usprawiedliwienia własnych mało pozytywnych metod.

Dla tych, którzy wciąż mają wątpliwości film, może je w końcu rozwieje.


20 października 2016

Co pies, to obyczaj - czyli o przywołaniu

Wydawać by się mogło, że jest to jedno z prostszych ćwiczeń, polegające na warunkowaniu, a liczba wykonanych bezbłędnie ćwiczeń doprowadzi nas do sukcesu, jakim jest przywołanie. Okazuje się jednak, że w praktyce pojawiają się pierwsze schody. Owszem ta technika sprawdza się rewelacyjnie u wielu psów, które z natury mają w sobie cechę podążania za człowiekiem lub jego kontrolowania. Są też psy, które po prostu lubią być z człowiekiem, a społeczny kontakt cenią sobie bardziej niż dobrodziejstwa przyrody, jakim są czmychające zające, pląsające w trawie zgrabne sarenki. Ale co z tymi psami, dla których najważniejszym elementem na spacerze jest polowanie, namierzenie, pogoń, wystawianie, czyli wszystko to, co sprawia, że pies pełnym pyskiem czerpie ze spaceru nieskończoną przyjemność?
Co ze sfrustrowanym opiekunem, który próbował wszelkich sposobów na wypracowanie w psie przywołania? No cóż, ponosi sromotną klęskę.
Ktoś może zadać pytanie skąd ta ironia lub lekkość przyjmowanej porażki. Otóż doświadczenie na własnej skórze uczy pokory, ale też dystansuje mnie do wielu porażek, które z czasem stają się dobrą anegdotą.
Sama jako trenerka wciąż zagłębiam się w psim umyśle, osobowości i staram się ogarnąć na pozór proste mechanizmy zasad uczenia się. Jako opiekunka trzech różnych suczek mogę obserwować motywy ich działania, to w jaki sposób traktują moje propozycje nauki i szybko weryfikują chybione pomysły. Ale przede wszystkim uczą pokory w ocenie samego psa. Pies nie jest tylko psem, jest zbiorem uczuć, emocji, fascynacji, prawdziwej pasji. I kiedy zadamy sobie proste pytanie, co lubi nasz pies, ponosimy totalną porażkę, bo wpadamy w pułapkę naszego postrzegania psa, a nie tego co on naprawdę lubi.
Ale wracając do naszego przywołania. Kiedy 8 lat temu rozpoczynałam moją pracę z psami, czyli od pracy z moją Carmen, chętnie korzystałam ze schematów nauki i wydawało mi się, że to jest świetna droga. Życie szybko pokazało, jakie jest twarde i sprowadziło mnie na ziemię. Warunkowanie klepane do znudzenia miało mi dać gwarancję odwołania, nawet od najtrudniejszych wyzwań. I owszem biegająca sarna, zając nie stanowiły dla na wyzwania. W chwale pozorów przegrałam w najmniej oczekiwanym momencie. Przegrałam z piknikowym kocem i misiami Haribo, przegrałam z chlebem rozrzuconym pod karmikiem, ze smakowitym znaleziskiem z krzaków, za które człowiek do dziś nie ponosi żadnych konsekwencji. Okazało się, że dla nas prawdziwym wyzwaniem jest jedzenie i wytrwałość mojego psa. Carmen jest psem, który zapamiętuje swoje zdobycze i wtedy kiedy najmniej się tego spodziewam do nich wraca. Patrząc na mnie biegnie, a ja widzę triumf radości na jej pysku. I ktoś może powiedzieć "kiepsko zrobione odwołanie". Hmm, wtedy tak myślałam, co powodowało we mnie silną frustrację, bo głównym winowajcą porażki byłam ja sama. Dzisiaj wiem o wiele więcej o Carmen. Jest suką o bardzo silnym charakterze, która zawsze próbuje przeforsować swoje zdanie. Jest wytrwała w osiąganiu celu i potrafi pokonywać wiele przeszkód. Jej ogromną siłą jest też jej niebywała wrażliwość na ludzkie emocje. Moja frustracja była jej frustracją, moja złość była dla niej wyzwaniem, bo nie wiedziała skąd się bierze.Technika pracy to jedno, ale trzeba mieć świadomość, że to nie wszystko, a psy nie są zabawkami ze sklepu, którym włącza się baterie i programuje w dowolny sposób.
Ostatnio pracując nad przywołaniem poszukuję w psie jego pasji, która jest tą nutą, w którą należy grać. Eksperyment z Dafi rozwalił kolejne moje wyobrażenie, ale też pokazał kolejną furtkę. Po warsztatach z Marco Martinim szukałam sposobu na pracę z Dafi. Jest ona psem rozkoszującym się w polowaniu, płoszeniu. Sama pogoń jest dla niej ogromną frajdą. Jest w tym mistrzynią. Potrafi usłyszeć mysz z odległości kilku metrów i jak lis uderzyć z powietrza przednimi łapami. Sposób w jaki to robi, sprawia, że polują razem z Trini i nigdy nie rywalizują. I tak po warsztatach zastanawiałam się czy jestem w stanie zastąpić jej tą pasję. Czy zorganizowane przeze mnie bezkrwawe polowanie z tropieniem będzie tak fascynujące. Czy w oczach mojego psa zobaczę te same iskry? Musze dodać, że Dafi jest dość łatwym psem. Od małego podążała za nami i mimo jej wieku, małych nóżek musiała nas dogonić. Nigdy nie pracowałam z nią nad przywołaniem, bo w sposób naturalny przychodziła do mnie, kiedy ją o to prosiłam. Jest takim psem, który potrafi dzielić pasje polowania z byciem koło człowieka. Na spacerze oba te czynniki są dla niej ważne i w stałej równowadze. Ale ostatnio postanowiłam poeksperymentować i powarunkowałyśmy gwizdek. Odwołanie ma perfekcyjne, sarna 7 metrów, zając 10, pies po gwiździe zawraca i przybiega do mnie. Duma na mojej twarzy, ale tylko przez chwilę. Warunkując ją starałam się upozorować małe polowanie smakowitych kąsków. I cień pasji polowania jest, ale nie ma tej iskry, jak w prawdziwym polowaniu. Pozostaje mi tylko imitacja, bo empatia nie pozwala mi na krok dalej.
Kiedy pracujemy nad przywołaniem zwracajmy uwagę na psie emocje. Miejmy cel z tyłu głowy, ale róbmy to rozważnie myśląc o tym, jak w tej sytuacji czuje się pies.
Głodzenie szczeniaka tylko po to, żeby wypracować gwizdek rodzi w nim frustrację i dla mnie nie tędy droga. Nauka ma być przede wszystkim przyjemnością. Naskakiwanie na nas psa, szczekanie, uderzanie zębami w rękę, łapczywe połykanie jedzenia nie jest miarą sukcesu, a wyrazem stanu emocjonalnego. Czy warunkowanie małego szczeniaka na takich emocjach jest właściwe? Dla mnie nie, bo droga od frustracji do zachowań agresywnych bywa czasem bardzo krótka. Szanujmy emocje naszych psów, bo nie zawsze to co uszczęśliwia nas, jest szczęśliwym wyborem dla naszego psa.

21 lutego 2016

Hodowla ściółkowa - tani golden za 5 stów!

Polskie prawo wciąż pozwala na handel szczeniakami w typie rasy w dowolnej ilości, w dowolnym wieku byle sprzedać i zarobić. Kusi cena, a nie odstrasza zdjęcie szczeniaka na słomie w chlewie. Wiele osób rozpływa się na widok puchatej kulki, bagatelizując proceder produkcji w chlewach. Skandaliczne prawo pozwala na eksploatowanie suk, zmuszając je do rodzenia przy każdej cieczce, w ciemnym chlewie, gdzie całe życie sprowadza się do garści słomy, miski marketowej karmy, zapachu własnych odchodów. Zalęknione, z owrzodziałymi sutkami rodzą kolejne szczeniaki miłośnikom rasy, z ideą tanich zakupów w sieci. Kolejne tanie szczenię zasila kolejną fabrykę słodkich szczeniaków, byle dużo i tanio. Wyeksploatowane suki zdychają w męczarniach, rodząc do ostatniego tchu, bo miłośnik taniego psa z sieci chce oszczędzić. Każdy tani szczeniak to ciche przyzwolenie na proceder, który nigdy nie powinien się wydarzyć. Dla mnie nie różni się to niczym od wysyłania zwierząt na rzeź.

11 lutego 2016

Agresywny retriever?

Temat szalenie trudny, ale nie dlatego, że pies wykazuje zachowania agresywne, ale dlatego, że retrievery pozbawia się prawa do takich zachowań. Agresja dla wielu ludzi jest czymś złym, co należy stłamsić w zarodku i wiele osób też stosuje dużo metod siłowych pokazujących psu jego miejsce w hierarchii. No cóż, to trochę zadziwiające, że w XXI wieku wiele osób nadal podpiera się teorią dominacji. Nie wiem, może tak jest łatwiej, może to brak wiedzy, a może strach przed wyjściem z archaicznego stereotypu. Ale temat nie o dominacji a agresji. Temat bardzo trudny, bo wymagający pochylenia się nad psimi emocjami. Strach, niepewność zazwyczaj, brak poczucia bezpieczeństwa, to najczęstsze przyczyny, dla których pies używa bardzo jasnego przekazu i twardej komunikacji, bo to wciąż jest komunikacja. Pewnie ktoś zarzuci, że łatwo się mówi kiedy 40 kilogramowy pies rzuca się w furii, tracąc kontrolę nad sytuacją. A ja odwrócę sytuację, jak często ignorujemy u psów pierwsze oznaki stresu, jak często przekraczamy ich bezpieczną przestrzeń wchodząc na legowisko, pozwalając dzieciom łapać je za ogon, uszy, jak wiele osób pozwala na psie siadać, leżeć przyznając sobie jedynie słuszne prawo do oceny emocji swojego psa. Niestety reagujemy wtedy, kiedy pies zmuszony zostaje do powiedzenia nie. A może zacznijmy szanować nasze psy, a przestańmy traktować je jak puchate maskotki. Może zacznijmy sięgać po wiedzę, zamiast odbierać im prawo do wyrażania złości. Retrievery to psy znoszące wiele bólu, cierpienia, nieprzyjemnych doznań, ale to my zawsze wyznaczamy granicę tego co serwujemy naszym psom.

31 stycznia 2016

Psie przedszkole - odpowiednia socjalizacja?

 Temat, który co jakiś czas powraca do mnie i niekoniecznie wywołuje miłe odczucia. 
Ale dlaczego, przecież wszędzie w internecie piszą, że należy z psem korzystać z takich zajęć, szczeniak będzie miał odpowiednią socjalizację, nabędzie doświadczenia, które zaprocentuje w dorosłym życiu.
Na pierwszy rzut oka nie ma w tym nic niepokojącego. W wielu takich miejscach zobaczyć możemy młode psy biegające ze sobą, podgryzające się, czasem któryś z nich zapiszczy, czasem usłyszymy warki. Ku uciesze opiekunów pobawią się w berka, wpadając pod nogi, między nogi, a po takich gonitwach padają ze zmęczenia. Na placu pojawiają się zabawki, pierwsze próby skupiania uwagi, pierwsze polecenia. Czasem któryś piesek mocno ciągnie na smyczy, inny szczeka, jeszcze inny wierci się w miejscu, wyglądając na roztargnionego. Wszyscy radośnie, z pewną dumą spoglądają na swoje pociechy i w duchu powtarzają "chodzimy do psiego przedszkola". Ale nie była bym sobą, gdybym nie przyglądnęła się temu bliżej. Ponieważ tkwi w nas przekonanie, że każda interakcja psów jest zabawą, trudno nam będzie dostrzec w tych relacjach coś innego. Coś, co dla młodziutkich psów nie jest fajne, doświadczeń które niekoniecznie właściwe wpłyną na ich dorosłe relacje. 
Czy idąc na takie zajęcia zastanawiamy się nad tym, jaką osobowość ma nasz pies, czy lubi inne psy, czy poradzi sobie z zachowaniami demonstracyjnymi, agonistycznymi innych psów?
Przeglądając zdjęcia, filmy z takich zajęć bardzo często obserwuję frustrację, niepewność, prośbę o pomoc opiekuna, sygnały grożenia ze strony innych psów, zachowania demonstracyjne, rywalizację, która niestety dostaje etykietę psich zabaw. I tu należy zadać sobie uczciwie pytanie, czy mój pies musi być wprowadzany w taką sytuację, czy rzeczywiście po kilkudziesięciu minutach takich zajęć będzie zrelaksowany, a jego bagażem doświadczeń będą miłe doznania? A może socjalizacja powinna wyglądać zupełnie inaczej? Może słowo socjalizacja stała się tylko reklamą niekoniecznie właściwie zorganizowanych zajęć? Niestety, to tak popularne i nadużywane słowo staje się także pretekstem do wielu nadużyć wobec psów. Ma być gwarantem uległości, cierpliwości w znoszeniu nieprzyjemnych doznań, brakiem jakiejkolwiek agresji. 
Mam takie poczucie, że moda zatraciła w nas wrażliwość, a czasem nawet zaburzyła empatię dla psa. Może czasem warto zaufać własnej intuicji i posłuchać tego co mówią do nas nasze psy.


11 stycznia 2016

Golden retriever idealny pies rodzinny!

Masz rodzinę, dzieci, to wymarzony pies dla ciebie. Chcesz zajmować się dogoterapią, to idealny kandydat na psa terapeutę.
Świetnie brzmi? Dobry slogan marketingowy? Też tak myślę, ale ile wspólnego ma z prawdą, jak bardzo stereotypowe myślenie zapędzi nas w kozi róg? Jak wiele rodzin rozpaczliwie poszukiwać będzie pomocy, a psów terapeutów żyć będzie w permanentnym stresie z łatką wiecznie uśmiechniętego.
Hm.. to już nie brzmi tak dobrze? A może warto przyjrzeć się temu bliżej?
Wiele hodowli, stron poświęconych rasie zamieszcza właśnie takie informacje, które są dla mnie zwykłym hasłem reklamowym, tanim chwytem sprzedaży psa, którego upchnąć można w każdej rodzinie, wepchnąć w każdą sytuację, bo ten pies zniesie wszystko. W milczeniu, stresie przyjmować będzie głaski, uściski, będzie podnóżkiem, leżanką, a jedyny grymas na jaki sobie pozwoli będzie wykrzywiony pysk, układający się w uśmiech.
Brzmi okropnie? Mało prawdopodobnie?
Trochę tak, bo przeglądając te same strony trudno znaleźć opisy zachowań agonistycznych, agresywnych tej rasy. Opisy psów, które w sposób desperacki starają się walczyć o swoją przestrzeń, psów, które zabija ich ogromna wrażliwość.
Od kilku lat z uwagą śledzę losy wielu z nich, czytam dramatyczne posty osób, które zapędzone w ślepy zaułek reklamy borykają się z codziennością, która tak kolorowo nie wygląda. Ten internetowy bohater, pies z reklam warczy, dotkliwie gryzie, skacze na ludzi, uderza ich pyskiem, szczeka, biega przewracając dzieci. Zjada w domu skarpetki, kosmetyki, zasłony, goni jak oszalały, drepcze za opiekunem wszędzie i wiecznie dyszy.
Brzmi znajomo?
Tak, w wielu domach to codzienność, bo w internecie nie napisano jak bardzo wrażliwe są goldeny, jak wnikliwymi obserwatorami są, czytającymi każdy nasz gest, każdą zmianę nastroju. Próbujące rozładować każde napięcie czują się bezradne, same nie radząc sobie z własnymi emocjami. W wielu takich sytuacjach stoją i dyszą zestresowane, a w akcie desperacji szczekają, nie dostając znikąd pomocy, bo wiele zachowań stresowych dostało łatkę zabawy, radości lub szufladki o nazwie adhd.
Niezaprzeczalnie goldeny są wyjątkowe i wiele z nich łączy mnóstwo podobnych reakcji, czas najwyższy zacząć opisywać te zachowania, nazywać je w sposób właściwy i zdjąć z nich łatkę psów rodzinnych.
Goldeny wykazują dużo zachowań agonistycznych, wiele z nich skierowanych jest w kierunku ludzi. Skaczą, uderzając w klatkę piersiową, uderzają w twarz przodem pyska podbijając głowę. Wielu z nas uzna także te zachowania za pieszczoty i okazywanie miłości, jednocześnie odczuwając ból policzka po silnym uderzeniu. Zachowania te nie pojawiają się znikąd, bardzo często małe, puchate szczeniaki narażone są na kontakt, którego nie chcą. Dotykane, ściskane wiją się w uścisku, prosząc o więcej przestrzeni, ale z łatką psa rodzinnego podtykane są pod wszystkie dziecięce ręce. Kiedy mały puchaty golden dojrzewa zaczyna prezentować nieco inne zachowania i tu pojawia się szok, bo okazuje się, że ta kula szczęścia tężeje, warczy, wpatruje się wzrokiem mówiącym wprost - nie życzę sobie tego! Szok przechodzi w zdziwienie i ignorancję, a w niektórych przypadkach w zachowania agresywne wobec mniej kochanej już puchatej kulki. Wiele psów obrywa klapsy, targane są za skórę, doznają przemocy fizycznej. Ostatecznym rozwiązaniem tej sytuacji jest porzucenie psa, z próbą dość banalnego tłumaczenia w postaci alergii dziecka na psią sierść. Ale wiele pośród tych śnieżnych kul nie potrafi warczeć. W ciszy znoszą każdy kontakt, z wrodzoną bezradnością tkwią nie potrafiąc odejść. Stoją w bezruchu i dyszą zestresowane sytuacją, a zamiast pomocy dostają kolejną łatkę chodzącego psiego szczęścia i goldeniego uśmiechu.
Nasze ludzkie pojęcie psiego szczęścia, radości, brak elementarnej wiedzy na temat mowy ciała psa, łatki przyklejanej psom, stają się przyczyną wielu domowych tragedii.
Pozwólmy goldenom być psami, takimi jak wszystkie inne, starajmy się odkleić od nich etykietę psa rodzinnego, psa, który znosi wszystko.

5 grudnia 2015

Trudny pies, trudny opiekun, a może zbyt trudne zajęcia?

Temat już od dłuższego czasu zaprząta moją głowę i budzi wiele refleksji. Wciąż słyszę na spotkaniach trenerów o trudnych klientach, reaktywnych psach nie potrafiących się skupić na zajęciach i rodzi się we mnie pytanie, czy sytuacja w jakiej znajdują się pies i jego opiekun jest dla nich właściwa?
Sama kiedyś prowadziłam zajęcia grupowe i szukałam odpowiedzi co robię nie tak, co powoduje frustrację psów, jak obniżyć ich stres i zbudować zaufanie, bo zajęcia właśnie takie powinny być, oparte na zaufaniu, przyjemne dla wszystkich uczestników.
Obserwując psy, ich komunikację, sposób postrzegania świata, relacje z ludźmi, innymi psami coraz częściej widzę jak bardzo proszą nas o pomoc i sygnalizują stres związany z serwowanym im wyzwaniem, niestety dzieje się to także na zajęciach. Czas, miejsce, bodźce, bliski kontakt z innymi psami, ich wzajemne relacje, presja nakładana poprzez narzucane ćwiczenia wywołują zachowania, mówiące o tym, że pies nie radzi sobie z tą sytuacją. Psy stają się reaktywne, skaczą, wiercą się, nagle gryzą smycz, nie chcą jeść, usiłują doskoczyć do twarzy opiekuna, czasem do innych psów, szczekają. Bawiąc się zabawką stają się coraz bardziej pobudzone, nagle łapią za palce, szczypią. Niektóre z nich tracą apetyt, przestają reagować na bodźce, próbując znaleźć swoją przestrzeń i miejsce. Niestety serwowanym najczęściej lekarstwem jest zwiększenie ich aktywności przed zajęciami, głodzenie dla polepszenia motywacji pokarmowej, a czasem nawet ograniczenie kontaktu z opiekunem. Czy to dobry pomysł? Czy w ten sposób ograniczamy stres? Czy tak naprawdę wykazujemy się ignorancją dla świata psów, którego nie znamy i na który brak nam pomysłu. W całej tej historii jest jeszcze opiekun psa, przeżywający stres związany z jego oceną, tym, że pies go nie słucha, nie słyszy poleceń, nie jest liderem grupy, bo zajęcia często stają się areną współzawodnictwa, kto szybciej się uczy i pokazuje sztuczki zwane posłuszeństwem. Wiem, wiem, łatwo się mówi i krytykuje, ale czasem warto stanąć w innym miejscu i pochylić głowę, bo na tym polega też praca trenera, na obserwacji, stałym rozwoju i wymianie doświadczeń z innymi ludźmi.

1 października 2015

Przytulanie z empatią

Dawno mnie nie było na blogu, ale też dużo się działo :)
Temat na dziś to, jak być empatycznym wobec psów, jednocześnie zaspakajać swoją potrzebę przytulania z uszanowaniem psich emocji. Trudne? Też tak myślę...
Wciąż trwają dysputy kim jest dla nas pies, co powinien znosić, czy ma prawo do decydowania, jaka jest nasza wiedza i doświadczenie w kontekście takiego kontaktu.
Wczoraj zadano mi pytanie: "jak sądzisz, czy ta potrzeba miziania psów i miłych zwierzątek to atawizm ? taka potrzeba gromingu jak u małp" - mam nadzieje, że osoba cytowana nie będzie miała nic przeciwko ;) i od razu miałam pewne skojarzenie. Otóż kiedy byłam mała, pamiętam jak tymi moimi chudymi rączkami mocno przytulałam się do brzucha mojej babci. Nigdy nie widziałam jej twarzy, a przynajmniej takie towarzyszy mi wspomnienie. Zawsze lekko się uśmiecham, przypominając sobie tamte chwile, bo kojarzą mi się z poczuciem bezpieczeństwa, miłości i ogromnego ciepła. Po latach obraz ten nieco otarł się o rzeczywistość, bo babcia była mojego wzrostu i nie taka ogromna jak mi się wydawało, ale emocje pozostały. Tak na marginesie jestem do niej bardzo podobna. 
Jako dzieci raczej lubimy się przytulać, a kiedy w domach babć lub naszych są psy, to często staramy się wejść z nimi w kontakt fizyczny. Ciepłe, miękkie, futro zimny nos i oblizujący nas wilgotny język. Tyle widzimy jako dzieci, przynajmniej ja tyle pamiętam. I jako dzieci nie widzimy niczego złego w naszej duszącej psa miłości, bo jesteśmy tylko dziećmi. Wielu pośród dorosłych pozwala na taki kontakt, na ściskanie psa, obejmowanie go, dotykanie w różne części ciała, czasem zachęcają do siadania na psie. Uznają, że pies zniesie wszystko, bo kocha nas bezgranicznie i pewnie jest wdzięczny za taki los. 
Kiedy tak siedzę i oglądam niektóre zdjęcia smutek zalewa moje serce, często widzę psy leżące bezradnie, wyczekujące końca miłosnych pieszczot człowieka, na ich pyskach pojawia się grymas, czasem dyszą zestresowane ku uciesze fotografujących, bo przecież pies się uśmiecha do zdjęcia. Największym nieszczęściem goldenów, rasy którą kocham bardzo jest ich dobry charakter, łatka psa rodzinnego. Psów, które skazane są na głaskanie, przebieranie, tłamszenie tylko dlatego, że w życiu często są bierne i bezradne. Niewiele z nich potrafi zawarczeć, zawalczyć o swoją przestrzeń. Nagminnie przekraczana jest ich granica, a nikt nie zadaje sobie trudu poznania i zgłębienia ich mowy ciała, pochylenia się nad emocjami jakie przeżywają. Przykre dla mnie jest to, że wciąż lekceważy się słowa  sprzeciwu wobec takiej miłości, która miłością nie jest. Należy zadać sobie pytanie czym jest empatia i czy jesteśmy w tej relacji empatyczni. Według mnie nie...
Czy można połączyć swoje emocjonalne oczekiwania wobec psa, z tym co nam daje i z jego potrzebami? Myślę, że tak, ale ten związek wymaga subtelności i otwartości umysłu, kierowanego subtelnością emocji płynących z serca.

7 czerwca 2015

Zabawa, która zabawą najczęściej nie jest

Mieszkając w mieście często obserwowałam dość intensywne interakcje psów i choć z początku myślałam, że to zabawa, bo też zawsze w ten sposób opisywano ten kontakt, to często widziałam też emocje złości, frustracji. Jeszcze wtedy nie wiedziałam o co dokładnie chodzi, ale intuicyjnie wybierając się z Carmen na spacer, szukałam miejsc wolnych od skupisk gadających ludzi i kotłujących się psów. Naszym miejscem spacerów były krakowskie Błonia, wielka łąka, w centrum miasta, zielone płuca Krakowa. Miałam na niej swoje ścieżki, a kierunki i interakcje z psami najczęściej wybierała Carmen. To ona decydowała, czy chce do psa podejść, powąchać się, a w sytuacjach dla niej zbyt trudnych zawsze stawałam przed nią murem. Ten spacer zawsze był dla niej i nasz, taki wspólny z tarzaniem się po trawie, kopaniem dołów. To co mnie zawsze u niej zadziwiało to zdolność wyszukania opiekuna niefrasobliwego psa, którego chciała się pozbyć z kontaktu. Zawsze wtedy podbiegała do jego opiekun(a)ki, ocierała się faflami, przysiadała bokiem i patrzyła prosto w oczy. Niefrasobliwiec zawsze wracał i już zostawał z opiekunem, a Carmen wracała do mnie i do swoich psich spraw. Obserwowałam, jak unika siłowego kontaktu z psami, zapasów, pogoni, przepychanek. W niektórych interakcjach subtelnością sygnałów zachęcała do kontaktu, a czasem potrafiła tkwić jak posąg w miejscu, którego nie ruszy żadna siła. Wtedy kompletnie nie miałam pojęcia o tym co mówi, jak komunikuje się z innym psem, ale sposób w jaki to robiła sprawiał wrażenie ogromnej siły, wrażliwości i mądrości. Kiedy widziała zagrożenie, niepewność innego psa nigdy nie wykonała zbędnego ruchu, który uruchomił by atak. Ja jedynie mogłam pozostać przy niej i pozwolić jej na dokończenie rozmowy.
Chodząc na takie spacery często obserwowałam grupy ludzi spragnionych kontaktu z innym człowiekiem, stojących w miejscu, a w koło biegające psy. Czasem któryś padał ofiarą pogoni, poturbowany próbował się chronić pomiędzy nogami opiekuna, co wywoływało salwę śmiechu i radości. Każdą interakcję odbierano jako świetną zabawę i radość psów. Niekiedy słychać było warki, czasem nawet ostrzejszą reakcję, ale one nigdy nie wywoływały pośród ludzi niepokoju. Panujące przekonanie, że pies musi się wybiegać z innymi psami usprawiedliwiało wszystko. Taki spacer zazwyczaj trwał 1.5 h, niektórzy chodzili z psami 3 razy dziennie, ale narzekali na brak towarzystwa w innych godzinach i nudę psa, bo tylko mógł powęszyć na łące. To przekonanie ugruntowane w nas od początku daje bardzo mylne przekonanie, co tak naprawdę psy lubią i co sprawia im przyjemność. Nikt z nas nigdy nie pomyśli, że każdy pies ma inną osobowość, umiejętność odnajdywania się w grupie z ludźmi, innymi psami, że pozostawiając go w takim kontakcie często stawiamy go w zbyt trudnej sytuacji. Nie zastanawiamy się nad celowością wielu zachowań, naskakiwaniem na ludzi, uderzaniem ich w twarz pyskiem, wpadaniem z całym impetem w nogi, ocieraniem się. Jedyne co widzimy to psy przypadające do ziemi w ukłonie, interpretowanym przez nas jako zaproszenie do zabawy - tak się zastanawiam, zwierzęta w cyrkach wykonują taki ukłon, a dzieciom sprzedaje się informację o dobrym wychowaniu i świetnej zabawie - uderzanie się psów ciałem, przewracanie, łapanie za kark, otwieranie szeroko pysiów sprawiające wrażenie uśmiechu, a wszystko to z etykietą świetnej zabawy. Wiele z tych psów wracając do domu nie potrafiło odpoczywać, nabuzowane niekoniecznie dobrymi emocjami miotały się z kąta w kąt szukając sposobu na rozładowanie napięcia. Niestety opiekunowie wpadają w kolejną pułapkę, serwując psu jeszcze więcej aktywności, bo nie wiedzą jak ważne są emocje i to co się podczas spacerów dzieje.
Kiedy wyjechałam na wieś zaczęłam obserwować wiejskie psy, chodzące własnymi ścieżkami, pozbawione parasola opiekuna, same wytyczające sobie granice tego co dla nich właściwe. Wtedy zrodziła się we mnie pewna myśl - wiejskie psy się nie bawią. Pomyślałam, że to smutne, że tak mało atrakcji mają w życiu, a ich interakcje są kompletnie inne od tego co obserwowałam w mieście.
Przez dwa lata obserwowałam ich zachowania, także moje własne psy i zadawałam sobie pytanie, o co w tym wszystkim chodzi?
Dzisiaj z perspektywy czasu, z wiedzą jaką mam już wiem i jestem pod ogromnym wrażeniem nieprawdopodobnych możliwości komunikacyjnych psów. Subtelnością i szybkością wymiany spojrzeń, postaw, oceną intencji, emocji tego wszystkiego czego używają do rozmowy. Wielokrotnie patrząc na nie, nie mam bladego pojęcia dlaczego właśnie tak się zachowują i czuję się jak analfabetka, próbująca nieporadnie odtworzyć wyłuskane informacje. Żyjąc na wsi, z dala od frustracji, złości, decybeli mogłam obserwować zmiany w zachowaniu Trini, tym jak radzi sobie z trudnymi dla niej sytuacjami. Jak zrelaksowana, mająca możliwość samodzielnego podejmowania decyzji wchodzi w kontakt z obcymi mężczyznami, jakich technik używa na ich zatrzymanie i danie sobie czasu na zebranie informacji, jak uczy się akceptować wystrzały z broni, wiedząc że na łące jest bezpieczna z nami, z psami. Próba ograniczenia tych możliwości zawsze zakończy się fiaskiem, a jedynym poszkodowanym będzie pies. Oczywiście intencją nie ograniczania nie jest akceptowanie wszystkich zachowań, bo żyjemy wspólnie pod jednym dachem, ale zrozumienie, że pies tak naprawdę emocjonalnie niewiele różni się od człowieka, a może nawet wcale. Wiedza na ten temat wciąż jest dla mnie zbyt ułomna, pozostaje jedynie empatia i intuicja, traktowane przez wielu jako słabość i małość.
Czy psia zabawa jest zabawą - dla mnie często nie, bo wielokrotnie wkrada się w nią rywalizacja, brak pewności siebie, złość, frustracja, kontrola.

24 maja 2015

Nie mam pomysłu na tytuł

Czytałam wczoraj bardzo ważny tekst "Bo pies musi..." Talking Dogs i wzbudził on moją głęboką refleksję.
Kilka lat temu jako świeżutki opiekun psa chłonęłam informacje z internetu chcąc jak najlepiej przeprowadzić Carmenkę przez pierwsze tygodnie jej życia. Nie był to mój debiut psiejski, bo udało mi się świetnie dogadać z moimi jamniczkami, ale dostęp do książek, internetu otwierał nowe możliwości. Oczywiście wiele z tych informacji mówiło o siłowym "wychowywaniu szczeniaka", wsadzaniu jego pyszczka w siki, siadaniu na nim, przygniataniu do ziemi. Moja empatia klarownie filtrowała przemoc i popychała mnie do pozytywnego motywowania, ogarnięcia techniki pracy nad wydawaniem poleceń, szukaniem takiej drogi, która pozwoli mi, żebym dla mojej suni była zrozumiała. To instynktowne działanie uchroniło ją przed moją ewentualną głupotą, choć powołując się na rozmaite autorytety powodowało czasem jej niepotrzebną frustrację. Mam szczęście, bo Carmen ma charakter wspaniały i skutecznie wytrzymała brak mojej koordynacji ruchowej, ale tez jej upartość wiele razy doprowadzała mnie do rozpaczy. Obserwując ją, jej zachowania nijak nie mogłam odnaleźć znaku równości pomiędzy tym, co czytałam w internecie, książkach a tym co próbowała mi przekazać moja mądra dziewczynka. I tak pnąc się w wiedzy do góry, upadałam z hukiem na dół, bo intuicja mówiła mi coś zupełnie innego. Interpretacja opisywanych zachowań Carmen miała się ni jak do tego, co widziałam na spacerach. Tym samym były dla mnie zajęcia, prowadzone według schematu powodowały moją frustrację i chęć poszukiwania, analizowania tego co czuję i widzę.
Dzisiaj już znam odpowiedź na wiele z tych pytań i tym bardziej wdzięczna jestem za tak wspaniałego przyjaciela, tym bardziej wspaniałego, że był w stanie znieść zarozumialstwo człowieka, uzurpującego sobie prawo do miernej interpretacji psich zachowań.
Obserwując świat niektórych szkoleniowców z trwogą patrzę na brak wiedzy, empatii i czegokolwiek co powoduje, że jesteśmy w stanie zrozumieć psy. Ewolucja metod od siłowych, przez pozytywne, znowu ma tendencje kierowania się ku przemocy. Stosowanie obroży elektronicznych, szarpanie psów i jednoczesne skarmianie sieje mętlik, a biednym psom przysparza problemów. Świat ludzkiej pychy jest piekłem dla psów chcących tylko żyć i być zrozumianymi przez inne gatunki. Ludzki strach od setek lat sprowadza się do eksterminacji tego czego się boimy, a z czym sobie nie potrafimy poradzić. Przykre to i smutne, bo pies nigdy się przed naszym człowieczym zadufanym światem nie obroni. Może czasem wystarczyło by więcej pokory, umiejętnego przyznania się do porażki, że nie znam zachowań psów, że ich nie czytam, że nie rozumiem dlaczego tak się zachowują, że moja mowa ciała zmysł obserwacji jest zbyt ułomny. To takie proste przyznać się do porażki.

4 kwietnia 2015

Kto jest największym Tarzanem?

Obserwując dziewczyny dochodzę do wniosku, że największą miłośniczką tarzanki po trawie jest Carmen. Wybiega rano, a to na śnieżek, a to na trawę skąpaną w porannej rosie i tarza się z namaszczeniem, masując swoje ciało. Często wybiera trawnik z lekkim spadkiem tak, aby mogła się zsuwać jak foka po lodzie. Retrievery to rasa, która z ogromną pasją tarza się dla przyjemności samego tarzania i masowania. One to po prostu kochają. 
Trini bardzo rzadko tarza się w ten sposób. Musi być w bardzo dobrym nastroju, rozbawiona, żeby fikać tarzankowe pląsy. Natomiast razem z Dafi uwielbiają wszelkie smrodki padliny, zgniłej trawy. Starają się wtedy opanierować każdy najmniejszy kawałek ciała, uszy, szyję, łopatki i grzbiet. Im bardziej wonny zapach tym lepsza panierka. Są z tego powodu szalenie dumne. Choć ostatnio się zastanawiam, obserwując w jaki sposób to robią, czy tarzają się, żeby się opanierować czy wręcz przeciwnie, po to żeby na padlinie zostawić maksimum swojego zapachu.
Dafi bardzo często sprawdza zapach, w którym się tarza i robi to tak długo, aż jego wonność na trawie się zmniejszy. Tarzanie staje się wtedy powolnym, powłóczystym ruchem od fafli, boku pyska, przez kark, skończywszy na łopatce. 
Trini w takiej sytuacji najdłużej tarza się grzbietem, ale tą częścią przy ogonie i co jest ważne, po tarzaniu znaczy to miejsce moczem.

30 października 2014

Czy znam mojego psa?

Wczorajsza burzliwa dyskusja skłoniła mnie do pewnych refleksji. Zaczęłam się zastanawiać nad oceną osobowości psa, jego umiejętności radzenia sobie z wyzwaniami i ogólnie przyjętemu przekonaniu, że pies (szczeniak) ze wszystkim sobie świetnie poradzi. Kiedy widzę szczeniaka, który stosuje gamę różnorakich zachowań świadczących o frustracji, nawiązującego kontakt wzrokowy z właścicielem prosząc go jednocześnie o pomoc, to ja zastanawiam się jak mu pomoc. Jak wesprzeć go w wyzwaniu dla niego zbyt trudnym, a z naszej perspektywy nie dość łatwym. Niestety istnieje też przekonanie, że pomagając szczeniakowi spowodujmy, że jako dorosły pies będzie zawsze nas prosił o pomoc i wyrośnie na "maminsynka chowającego się za spódnicę". I to zdanie wywołuje uśmiech na mojej twarzy, ale nie radości, ale irytacji. Przypomina mi trochę "chowanie", bo o wychowywaniu trudno tu powiedzieć, "chłopców, którzy nie płaczą". Często na pozór twardych, zamkniętych emocjonalnie, nie radzących sobie z problemami, popadających w frustrację (wiem nie wszyscy tacy są). Co tak naprawdę stoi na drodze, żeby wesprzeć szczeniaka w zbyt trudnych wyzwaniach? Nie wiem, dla mnie to brak otwartego umysłu na przyjmowanie tego, co mogą zauważyć inni, czasem brak wiedzy, czasem empatii, a czasem uleganie presji stanowczych autorytetów. No cóż pewnie ile ludzi tyle opinii.
Czy znam mojego psa?
To pytanie zadałam sobie w kontekście moich relacji z Carmen.
Jako szczeniak była suczką z pulą niesamowitych dla mnie zachowań - była odważna, czerpiąca życie całymi garściami, podejmująca chętnie nowe wyzwania z dużą dozą miłości dla ludzi. Była absolutnie zachwycająca i obserwując ją wiedziałam, że będzie miała w wielu kwestiach wiele do powiedzenia :) Ale czasem zdarzały się sytuacje dla niej trudne, w których moją rolą było jej wspieranie. Było bycie blisko niej, pokazywanie, że rzeczy które wywołują jej niepokój są wyzwaniem, które razem pokonamy. Czy wyrosła na "mamincórcię" - według mnie nie. Jest bardzo silną, niezależną suczka, posiadająca ogromny bagaż rozmaitych doświadczeń. Jest też bardzo wrażliwa na to, co czują inni. Potrafi być asertywna, uparta ale jest wspaniałą negocjatorką. Czy prosi mnie o pomoc w sytuacjach dla niej trudnych - tak, ale od tego jestem, żeby ją wspierać kiedy tego potrzebuje. Bycie silnym nie oznacza bycie hardym. Siła tkwi w wrażliwości i empatii i taka jest właśnie Carmen, za co kocham ją najbardziej. 
Czy znam mojego psa - mam nadzieje, że tak :)